Aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, czyli o dogadywaniu się z Australijczykami słów kilka

Styczność z językiem angielskim miałem praktycznie od dziecka. Zaczęło się od Cartoon Network, potem MTV, wreszcie firmy i seriale. Po drodze gdzieś majaczy szkolne wbijanie "lengłydża" do głowy, na tle którego mocno wybijają się intensywne przygotowywania do egzaminu IELTS. Nigdy nie miałem problemów z porozumiewaniem się z w tym języku, mimo iż z angielskiej gramatyki orłem nie jestem. W Australii nie mam raczej problemu z poprawnym artykułowaniem potrzeb, a po kilku piwach to nawet o gospodarce światowej w kontekście spadającej populacji winniczka jestem w stanie porozmawiać. Jednak zdarzają się sytuacje, które po pewnym czasie idealnie nadają się na imprezowe opowieści.

Moim podstawowym problemem jest to, że wychowałem się na amerykańskich bajkach, firmach i serialach. Według Australijczyków amerykańska wersja języka jest upośledzona, by amerykanie byli w stanie ją w miarę opanować (dokładny cytat znajomego).

/images/en.png

Pierwszy raz zauważyłem problem (tak naprawdę była to dosyć zabawna sytuacja, a nie prawdziwy problem), gdy chciałem zamówić burgera bez korniszonów. Standardowe "hold the pickles" nie zostało chyba zrozumiane, ponieważ kelnerka przez dłuższą chwilę nie wiedziała co powiedzieć, gdzie przed chwilą nie dało się jej przerwać recytacji specjałów dnia. Podobnie rzecz ma się z powiedzeniami amerykańskimi (ciężko mi teraz przywołać konkretne powiedzenie, które nie zostało zrozumiane). Kilkukrotnie musiałem tłumaczyć co chciałem powiedzieć, ponieważ taki zwrot nie funkcjonuje w Australii.

Kolejnym problemem jest akcent. O ile mój jest standardowym wschodnioeuropejskim akcentem, który staram się tak zmienić, aby był zrozumiały dla rozmówców, tak w Australijczycy nie przejmują się zbytnio tym, jak mówią. Najmniej zrozumiały jest dla mnie akcent brytyjski. Odbieram go jako bełkot pijanego Szkota. Co ciekawe, mój pośrednik, z którym załatwiałem pracę tak właśnie mówił. Nie wiem jak się z nim dogadałem. Kolejnym trudnym w odbiorze akcentem jest azjatycki. Ciężko go opisać, jest to coś na pograniczu szeleszczenia, seplenienia i mówienia sylabami.

Osobną kategorią problemów komunikacyjnych jest skracanie. Australijczycy uwielbiają skracać dosłownie wszystko. Imię David zamienia się w Dave, Jason to Jase, Maciej, to Mac, Radek to Rad, itd. O ile imiona nie są problemem, tak zwykłe wyrazy potrafią być niemałą zagadką. Jak myślicie, co oznaczają wyrazy barbie, roo, esky, no biggie, fag? Są to: grill (barbecue), kangur, lodówka turystyczna, "no big deal", papieros (tutaj się można nieźle pomylić). Australia to Oz, a Australijczyk to Aussie. Idzie się pogubić w tych skrótach. No i każdy jest tutaj "mate". Próbkę skracania wyrazów możecie obejrzeć na poniższym filmie (ze sporym przymróżeniem oka).

Ostatnią kwestią jest komunikacja niewerbalna, czyli staromodne pisanie. Tutaj również można się naciąć na zamerykanizowany obraz języka angielskiego. W Australii obowiązuje angielska pisownia, czyli colour, a nie color, chips zamiast fries, a szary to grey. Podobnych różnic jest bardzo dużo i za każdym razem jak piszę po angielsku, to narzędzie o wdzięcznej nazwie "Spelling and Grammar" rozświetla mój tekst czerwonymi wężykami niczym bożonarodzeniową choinkę.

Mimo sporej ilości rozbieżności między tym co umiem, a tym, czego się tutaj używa, nie mam problemu z płynnym komunikowaniem się z Australijczykami. W najgorszym wypadku jestem proszony o wyjaśnienie innymi słowami o co mi chodzi. Nikt tutaj nikogo nie ocenia, nikt nie śmieje się, gdy czegoś nie umie się powiedzieć (konia z rzędem temu, kto wymieni wszystkie składniki rosołu bez zaglądania do słownika - powodzenia przy włoszczyźnie, zielu angielskim, czy liściu laurowym  :)).

Jeśli obawiacie się przyjechać do Australii z powodu języka, na prawdę nie macie czego się bać. Jeśli uzyskaliście wymaganą ilość punktów z obowiązkowego egzaminu, znacie język angielski lepiej niż spora część Australijczyków.

Comments powered by Disqus