Niedawno mieliśmy okazję odwiedzić Phillip Island, która słynie z pingwinów. Niestety z braku czasu wstąpiliśmy jedynie do parku zamieszkałego przez koala. Ale wracając do pingwinów, wiąże się z nimi ciekawa historia, którą poznałem jeszcze przed przyjazdem do Melbourne.

Jeśli mieszkasz w Europie, na pewno spotkałeś się z pojęciem multikulti. W zależności od “obozu”, termin ten łączony jest z terroryzmem, rozbojami i gwałtami lub z wzbogaceniem lokalnej kultury, zapewnienim niezbędnej siły roboczej w starzejącej się Europie i integracją. Nie jest tajemnicą, że Australia jest mieszanką kultur z całego świata, więc na porządku dziennym jest tutaj obcowanie z bardzo różnymi kulturami. Jak więc to wygląda w wydaniu Australijskim?

Dokładnie rok temu wylądowaliśmy w Melbourne. Po wielu miesiącach planowania, kilku niezapomnianych pożegnalnych imprezach i gorącym ostatnim tygodniu w Polsce, w końcu postawiliśmy pierwsze kroki na naszej ziemi obiecanej. Początki nigdy nie są łatwe, zwłaszcza jeśli zaczyna się nowe życie na końcu świata. Nieważne ile blogów się przeczyta, nieważne jak dokładne są plany, zawsze jest miejsce na nieoczekiwane zwroty akcji i tzw. ślepy los.

W jednym z poprzednich tekstów na temat Australii wspominałem, iż odległości są tutaj ogromne. Jeśli chcemy sprawnie poruszać się po mieście, niezbędny jest samochód. I tutaj dochodzimy do kwestii prawa jazdy. Od razu zaznaczę, że będę pisał pod kątem Victorii. Nie sprawdzałem jak procedura wygląda w innych stanach.