W poprzednim tekście na temat wynajmu nieruchomości wspomniałem, iż wynajęte mieszkanie/dom bardzo często otrzymujemy do dyspozycji bez żadnych mebli, co jest sporym utrudnieniem, zwłaszcza gdy nasze rzeczy czekają w magazynie na zaokrętowanie. Nawet najprostsze czynności, takie jak zjedzenie zupki chińskiej z Radomia, potrafią urosnąć do rangi tragedii, nie wspominając już o porządnym śnie. O ile zupkę można zjeść na stojąco korzystając z wyspy jako stołu, tak spanie na wykładzinie i siedzenie na podłodze, do najprzyjemniejszych nie należy.

Tuż przed wyjazdem do Australii policzyłem ile razy się przeprowadzałem. Liczenie powtarzałem kilka razy, gdyż uzyskany wynik wydawał się nieco zawyżony. Okazało się, że mieszkanie zmieniałem 14 razy. Za każdym razem proces wyglądał podobnie: przeglądanie ogłoszeń, wizyta na miejscu, podpisanie umowy, przeprowadzka. Najszybciej udało mi się załatwić wszystkie formalności oraz przeprowadzić się w nieco ponad godzinę. W Australii proces wygląda bardzo podobnie, jednak ludzie narzekają, że znalezienie dobrego mieszkania w ciekawej lokalizacji, graniczy z cudem.

Podczas gdy budzik delikatnie wyrywa nas z objęć Morfeusza, a pierwsze promienie wschodzącego Słońca nieśmiało wychylają się zza wzgórza, młode kangurki (zwane tutaj Joey) z niecierpliwością wyglądają opiekuna z butelką ciepłego mleka. Jest godzina siódma rano. Pierwsze karmienie i oporządzenie zwierząt potrwa mniej-więcej do pory drugiej kawy w korpo, czyli do około godziny 10.

Odpowiedź na tytułowe pytanie jest banalnie proste - między dużo, a bardzo dużo. A ile to jest dużo? Dziesiątki tysięcy złotych i wcale nie koloryzuję. Dokładny koszt wyjazdu zależy od kilku czynników, jednak bez solidnego zapasu gotówki się nie obejdzie.