11 października 2016

Na czym polega opieka w schronisku dla osieroconych i rannych zwierząt


Podczas gdy budzik delikatnie wyrywa nas z objęć Morfeusza, a pierwsze promienie wschodzącego Słońca nieśmiało wychylają się zza wzgórza, młode kangurki (zwane tutaj Joey) z niecierpliwością wyglądają opiekuna z butelką ciepłego mleka. Jest godzina siódma rano. Pierwsze karmienie i oporządzenie zwierząt potrwa mniej-więcej do pory drugiej kawy w korpo, czyli do około godziny 10.

Poranne (i w zasadzie każde kolejne) karmienie to szereg powtarzanych do znudzenia czynności - przegotowanie mleka dla maluchów, przygotowanie suchego pokarmu dla starszych, przegotowanie dosłownie naparstka mleka dla malutkiego oposa oraz przygotowanie ziaren i owoców dla ptaków.
Mimo, iż nie wygląda to skomplikowanie, zajmuje sporo czasu. Ale prawdziwa zabawa zaczyna się wraz z rozpoczęciem karmienia. Najpierw karmiona jest Vistula, malutka kangurzyca, która dopiero stawia pierwsze kroki. Po karmieniu obowiązkowe wypróżnienie. W naturalnym środowisku zajęłaby się tym matka. Tutaj niestety trzeba robić to ręcznie, przy pomocy chusteczek.



Następne w kolejce są kangurki Nails i Tails. Te są nieco starsze, więc po karmieniu wypuszczane są do ogrodu. Ani myślą hasać beztrosko po zielonej trawie. Na krok nie opuszczają opiekuna, a jak zdarzy im się zamyślić, w pośpiechu doskakują do nogi i mocno się przytulają.



Ostatni do karmienia jest Weet-Bix, nieznośny mały wombat, którego ulubionym zajęciem jest gryzienie stóp oraz łydek. Mimo, iż waży dopiero 5 kilo jest niezwykle silny, a do tego uparty. Lepiej z nim nie zadzierać, gdy jest głodny.


Przez cały ten czas, gdzieś we włosach lub pod bluzą, tuli się malutki opos, w oczekiwaniu na swoją kolej.



Od pobudki minęły dwie godziny. Pora zająć się większymi kangurami - Bonnie, Clyde, chyba Midge i czwarty, którego imienia nie zapamiętałem, cierpliwie czekają na opiekuna. Te kangury odzwyczajane są od obecności człowieka, aby łatwiej im było wrócić na łono przyrody, przez co nieco bojaźliwie do nas podchodzą. Jedynie Migde, wallaby z krwi i kości, odważniej sobie poczyna, zaczepiając dosyć agresywnie karmiącą osobę.



Po nakarmieniu i oporządzeniu wszystkich nielotów, przeszła kolej na ptaki, a dokładniej papugi. Niestety ptaki te, to też w większości nieloty - bez ogona, przyzwyczajone do życia w niewoli, powypadkowe. Ale nie tracą pogody ducha i za każdym razem jedna z papug wita nas gardłowym "hello". Pora karmienia ptactwa, to jeden z bardziej widowiskowych momentów dnia. Oprócz kilku papug w klatce, na jedzenie zlatują się wszystkie ptaki z sąsiedztwa. Znajdziemy wśród nich lorikeet, kolorową papużkę, która jako jedna chyba przedstawicielka papug potrafi wydawać inne dźwięki niż harczenie. Częstym gościem jest współplemieniec naszego podopiecznego - kakadu z żółtym czubem na głowie. Sporadycznie trafi się kookaburra. Nie można pominąć kolorowych gołębi, ogromnych srok oraz kruków.



Dochodzi godzina 10. Zwierzęta są nakarmione, ich posłania wyczyszczone, informacje o przyjętym pokarmie zapisane w dzienniku, można powoli szykować się na kolejną rundę. Za 2-3 godziny Vistula zacznie się wiercić w swoim worku. Nails lub Tails w celu zwrócenia na siebie uwagi opuszczą swoje worki (zazwyczaj jeden wychodzi na zwiady) i przywędrują do salonu. Za oknem będą wydzierać się papugi (niekoniecznie z powodu głodu - one tak mają). I tak przez cały dzień, do późnego wieczora.

Warto tak się męczyć? Jak najbardziej. Z racji pracy, nie mam aż tyle styczności ze zwierzętami co Asia, która spędza z nimi większość dnia. Mimo iż jest zmęczona, opieka daje jej ogromną satysfakcję i pozwala poznać Australię od strony, której nie poznałoby się w żaden inny sposób. A ja mam radochę, gdy jedno z kangurzych maleństw wychyli głowę ze swojego worka i zacznie pić mleko z butelki. Polecam każdemu, kto nie boi się trochę ubrudzić.

Related Articles

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.