Śnieg? W Australii?

snow1.jpeg

Wyprawę w poszukiwaniu australijskiego śniegu rozpoczęliśmy w piątek nieco po godzinie osiemnastej. Zapakowaliśmy do samochodu ciepłe ubrania, ustawiliśmy nawigację na naszą "bazę wypadową" i wyruszyliśmy. W momencie opuszczania garażu, za oknem mieliśmy 18 stopni. Wierzyć nam się nie chciało, że niedługo temperatura będzie oscylowała w okolicy zera. Niecałe dwie godziny później byliśmy na miejscu i z niecierpliwością wyczekiwaliśmy następnego dnia.

Naszą bazą wypadową było Warburton, niewielka miejscowość oddalona o około 80 km od Melbourne, położona w bezpośrednim sąsiedztwie Alp Australijskich. Ciekawostka - w Alpach Australijskich znajduje się najwyższy szczyt Australii, Góra Kościuszki.

snow2.jpeg

Z samego rana wybraliśmy się w góry, w poszukiwaniu upragnionego śniegu i około 30 minut później dojechaliśmy na szczyt. Widok był zapierający dech w piersiach. Zza mgły spowijającej las, którym jechaliśmy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wyłonił się płaski szczyt pokryty śniegiem.

snow3.jpeg

snow8.JPG

Ucieszyliśmy się jak dzieci i rzuciliśmy się do lepienia bałwana. Dziwne to uczucie, gdy lepisz bałwana w towarzystwie paproci drzewiastych pokrytych śniegiem, a liście eukaliptusa wykorzystujesz jako ozdobę. Niemniej zrobiliśmy najlepszego bałwana na szczycie (w końcu to nie pierwszy bałwan jakiego lepiliśmy) i Azjaci, którzy licznie odwiedzili górę, fotografowali się w jego towarzystwie. Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu okolicznych parków.

snow5.jpeg

snow7.jpeg

Na kolejny dzień mieliśmy zaplanowaną wizytę na nieco bardziej "profesjonalnej" górze. Niestety nic z tego nie wyszło - po pierwsze moje spodnie na snowboard dziwnym trafem się skurczyły ;), po drugie wjazd na górę kosztował $56, trochę za dużo za sam fakt zobaczenia śniegu.

snow4.jpeg

Na pocieszenie wybraliśmy się więc do okolicznych winnic i uzupełniliśmy zapasy wina oraz sera.

snow6.jpeg

Weekendowe poszukiwania śniegu zakończyły się sukcesem.