01 września 2017

Nasz pierwszy rok w Australii


Dokładnie rok temu wylądowaliśmy w Melbourne. Po wielu miesiącach planowania, kilku niezapomnianych pożegnalnych imprezach i gorącym ostatnim tygodniu w Polsce, w końcu postawiliśmy pierwsze kroki na naszej ziemi obiecanej. Początki nigdy nie są łatwe, zwłaszcza jeśli zaczyna się nowe życie na końcu świata. Nieważne ile blogów się przeczyta, nieważne jak dokładne są plany, zawsze jest miejsce na nieoczekiwane zwroty akcji i tzw. ślepy los.

Plan był prosty - przyjechać, chwilę odpocząć i ostro wziąć się do roboty. Budżet zaplanowany na trzy miesiące, CV wysłane, sytuacja mieszkaniowa opanowana na dwa miesiące, dziesiątki scenariuszy przeanalizowane. Jednak jak to w życiu bywa, nic nie idzie zgodnie z planem. Nie żebym narzekał, wiele zaplanowanych rzeczy wydarzyło się o wiele wcześniej i muszę przyznać, że mieliśmy dużo szczęścia na początku. Szczęścia wspieranego zdrowym rozsądkiem oraz niemałymi umiejętnościami (nie oszukujmy się, trzeba być dobrym w tym co się robi, aby życie było trochę prostsze). Nie obyło się jednak bez pewnych zgrzytów i niektóre z naszych idealnie zaplanowanych scenariuszy rozsypały się jak domek z kart. Na szczęście do odważnych świat należy i po pewnej porcji stresu, udało nam się złapać oddech i zacząć żyć.

Przez ostatni rok otrzymaliśmy sporo pytań i dzisiaj odpowiemy na najczęściej powtarzające się oraz na najciekawsze.

Dlaczego zdecydowaliśmy się na wyjazd? Dlaczego Australia?

Oficjalny powód - dla pogody. I na tym mógłbym zakończyć odpowiedź, gdyby nie Asia, która mi nie wierzy ;) Tak naprawdę, pogoda była dla mnie głównym powodem, ale skłamałbym gdybym powiedział, że jedynym. Drugim ważnym powodem było to, że miałem już dosyć mieszkania w Polsce. Nie mam tutaj zamiaru pisać jak źle mi się żyło, ponieważ nie jest to prawdą. Wiodłem wesołe życie i raczej nie narzekałem na brak zajęcia, jednak cały czas czegoś mi brakowało. Miałem dosyć smutnych twarzy w SKM, słuchania ofiar życiowych, które za swoje niepowodzenia winili wszyskich tylko nie siebie i ciągłego ujadania polityków. Nie zrozumcie mnie źle, wszyscy moi przyjaciele i znajomi to wspaniali ludzie i tęsknię za nimi, jednak czasami trzeba dokonać trudnej decyzji. Tą decyzją był wyjazd.

Dlaczego Australia? A dlaczego nie? Na mojej liście Australia była na drugim miejscu, zaraz za Kanadą. Asia jednak była tutaj wcześniej i opowiadała jak fajnie się tutaj żyje. Posłuchałem żony i wyjechaliśmy (nie mówcie jej tego, ale miała rację).

Co trzeba zrobić, żeby wyjechać do Australii?

Przede wszystkim trzeba zdać egzamin z angielskiego. Łatwo nie jest, ale warto się przyłożyć, ponieważ wysoki wynik z egzaminu da dużo punktów do wizy. Niezbędna będzie gotówka - im więcej tym lepiej. Minimalna kwota jaką powinno się ze sobą zabrać, to około 10 tysięcy dolarów. I co najważniejsze, to pozytywne spojrzenie na świat. Maruda tutaj świata nie zawojuje.

Jak się żyje w Australii?

Do Australii nie jedzie się robić kariery. Do Australii jedzie się odpoczywać. Życie tutaj płynie zupełnie innym tempem. Chciałbym powiedzieć, że czas tutaj zwalnia, ale z drugiej strony nie wiem kiedy ten rok minął.

Nadal jesteśmy jeszcze na etapie organizowania naszego życia i pewnie jeszcze z rok nam to zajmie, ale wszystko jest na dobrej drodze. Tak naprawdę zaczniemy żyć, gdy dostaniemy wizę na pobyt stały. Teraz ciągle gdzieś z tyłu głowy czai się mały stres, który nie pozwala się zrelaksować. Jakby nie patrzeć, jesteśmy zdani na łaskę mojego pracodawcy, który sponsoruje moją wizę.

Czy w Australii jest drogo?

Do celów turystycznych - tak. Do codziennego życia - nie. Większość cen (jeśli porównamy jeden do jednego, bez przeliczania na złotówki) jest niższa na korzyść Australii. Samochody, paliwo, elektronika, ubrania - tutaj zapłacimy 3 razy mniej w Polsce. Z kolei usługi są w cenie i lepiej jeśli umie się samemu zrobić coś w domu lub przy samochodzie. Ceny wynajmu, opłaty za media i inne codzienne wydatki są na podobnym poziomie.

Czy faktycznie wszystko chce nas tutaj zabić?

Tak i nie :) To prawda, że w Australii jest wiele zwierząt, które są w stanie zabić człowieka, jednak przez ostatni rok nie byliśmy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Raz zdarzyło się, że mieliśmy styczność z wężem, który schował się pod domem, w którym mieszkaliśmy. Na szczęście nasz gospodarz szybko się z nim rozprawił. Co ciekawe, pierwszą reakcją na informację o wężu, było przygotowanie strzelby (bo po co ryzykować bezpośredni kontakt).

Podobno częściej się trafia do szpitala z powodu ataku magpie (ptak przypominający połączenie kruka i sroki) niż z powodu ukąszenia pająka.

Co z pająkami? Jak duże są i ile ich tutaj jest?

Pająków jest tutaj dużo. Nie jestem fanem tych stworzeń i za każdym razem traktuję je sprajem na robale. Mimo iż mieszkamy w miejscu, które powinno być wolne od pająków, mieliśmy już dwa przypadki wizyty huntsmana. Podobno pająk ten jest niegroźny, ale jego rozmiar i szybkość wywołują gęsią skórkę nawet gdy o nim piszę. Mimo, iż w miejscu gdzie mieszkamy nie jest to konieczne, wypracowałem u siebie nawyk sprawdzania butów, rękawicy do gotowania i wszystkich zakamarków, do których zbyt często się nie zagląda. Jak to się mówi "better safe than sorry".

Czy jedliśmy mięso z kangura?

Tak. Mięso jak mięso, nie zauważyłbym różnicy w stosunku do wołowiny.

Czy poprawił się nasz standard życia?

Zdecydowanie. Mimo iż zarabiamy około 70% tego co zarabialiśmy przed wyjazdem, to możemy normalnie żyć. Wynajęliśmy duże mieszkanie, kupiliśmy w miarę nowy samochód i spłacamy stare polskie kredyty bez większego problemu. Skłamałbym gdybym napisał, że jest to poziom życia jaki byśmy chcieli mieć, ale i tak jest dobrze.

Jak wygląda rynek pracy w Australii?

Jeśli masz wizę na pobyt stały i jesteś kreatywny, znajdziesz zajęcie. Niedawno dowiedzieliśmy się o usłudze, której nazwę można przetłumaczyć na "spotkania towarzyskie dla psów". Polega to tym, że ktoś "spotyka ze sobą" psy, które cieszą się swoją obecnością, bawią się ze sobą i nawiązują relacje towarzyskie. Tak, ludzie tutaj płacą za takie coś. Jak dla mnie jest to po prostu wyprowadzacz psów, który ma fikuśną nazwę :) Podobnych biznesów jest tutaj całe mnóstwo. Polskim akcentem na tym polu są dwie firmy - Pierogi Pierogi oraz Polish Zapiekanka. Nazwy mówią za siebie.

Z mojej perspektywy, czyli gościa od IT, Australia to prawdziwe Eldorado. Każdy biznes potrzebuje zaistnieć w sieci. Nie trzeba specjalnie się wysilać aby znaleźć klienta. Niestety moja wiza nie pozwala mi na pracę poza firmą, która mnie sponsoruje, więc jak narazie szlifuję swoje umiejętności i powoli buduję własny biznes.

Bardzo ciekawą opcją (nadal mówię o rynku IT) są kontrakty. Staram się utrzymywać kontakt z kilkoma headhunterami, którzy wysyłają mi co jakiś czas oferty. Średnia płaca dla kogoś z moimi umiejętnościami (znajdziecie je na LinkedIn) to około $700 dziennie. Jeśli lubicie podróżować, kontrakty są idealne. Po pierwsze na czas trwania kontraktu można przeprowadzić się do innego miasta, a po drugie, pół roku na kontrakcie pozwala drugie pół roku spędzić na słodkim lenistwie.

Co warto zwiedzić w Australii?

Niestety nie stać nas jeszcze na zwiedzanie, więc mogę jedynie powtórzyć to, co znajdzie się w przewodnikach po Australii. Przede wszystkim należy odwiedzić Sydney, ponieważ z tym miastem kojarzy się Australia. Melbourne jest równie ciekawym miejscem, z mniejszym zagęszczeniem hipsterów ;) Do tego dochodzi Uluru (góra w samym środku Australii), rafa koralowa oraz niesamowite plaże.

Kiedy wracamy do Polski?

Nie planujemy wracać do Polski. Podoba nam się tutejsze życie i zrobimy wszystko co naszej mocy, aby zostać tutaj na stałe. Planujemy raz do roku zawitać w Polsce w ramach europejskiego tournee ;)

Czy i kiedy możemy was odwiedzić?

Zawsze jesteśmy otwarci na gości. Najlepszym okresem na odwiedziny jest koniec roku, kiedy to cała Australia się zatrzymuje i wszyscy idą na urlop. Najlepsza pogoda jest od listopada do marca, z falą upałów w okolicach grudnia/stycznia.

Co najbardziej podoba nam się w Australii?

Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ dwie rzeczy przychodzą mi do głowy - wschody/zachody słońca oraz fauna. Każdego ranka spędzam kilkanaście minut na oglądaniu przepięknego spektaklu jakim jest wschód słońca. Wieczorem robię to samo (oczywiści mówimy tutaj o zachodzie słońca :). Prawie codziennie jest to zapierające dech w piersiach widowisko.

Odnośnie zwierząt - co rano w drodze do pracy mijam palmę, na której budzą się papugi Lorikeet. Kolorowe małe papużki, które niesamowicie głośno oznajmiają światu, że zaczyna się nowy dzień. Popołudniami oglądamy ogromne nietoperze, lecące nieco nieporadnie w poszukiwaniu owoców, a wieczorne spacery spędzamy na wypatrywaniu oposów. Do tego dochodzi papuga kakadu ze swoim skrzeczącym śpiewem oraz kangury leniwie wylegujące się na trawie. Już wiem co miała na myśli Asia mówiąc, że papugi w zoo wydają się jej bardzo nienaturalne. Nie potrafię już sobie wyobrazić papugi w klatce.

Czego nie lubimy w Australii?

Nie podoba mi się, że ludzie tutaj żyją na pokaz. Niektórzy na siłę chcą udowodnić, że są inni niż w rzeczywistości. Inni uparcie kopiują najgłupsze modowe wymysły. A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że ludzie mówią to, co chcesz usłyszeć.

Podsumowanie

W życiu kieruję się zasadą, że lepiej żałować, iż coś się zrobiło, niż rozpamiętywać, że czegoś się nie zrobiło (lub inaczej ujęte - czy za 50 lat na łożu śmierci będę chciał powiedzieć wnukom, że dziadek coś zrobił, czy był zbyt miękką fają, aby się na to zdecydować). Dobijając do czterdziestki mam tylko jedną rzecz, której żałuję, że nie zrobiłem i nie jest to wyjazd do Australii. Cieszę się, że odważyłem się na tę przeprowadzkę, szkoda trochę, że tak późno. Mimo wszystkich problemów jakie mieliśmy i całego stresu jaki się przeżyło, gdybym miał podjąć tę decyzję jeszcze raz, nie zawahałbym się ani sekundy.

Jeśli kiedykolwiek przeszło wam przez myśl, aby gdzieś wyjechać, zróbcie to. Naprawdę warto.

24 czerwca 2017

Jak wyrobić australijskie prawo jazdy


W jednym z poprzednich tekstów na temat Australii wspominałem, iż odległości są tutaj ogromne. Jeśli chcemy sprawnie poruszać się po mieście, niezbędny jest samochód. I tutaj dochodzimy do kwestii prawa jazdy. Od razu zaznaczę, że będę pisał pod kątem Victorii. Nie sprawdzałem jak procedura wygląda w innych stanach.

Urzędem odpowiedzialnym za wydawanie prawa jazdy (oraz resztę czynności związanych z tym dokumentem - rejestracja pojazdów, egzamin, opłaty, itd.) jest VicRoads. To tutaj musimy się udać, aby wyrobić Australijskie prawo jazdy. Zanim jednak to zrobimy powinniśmy się upewnić, że jest ono nam potrzebne, ponieważ wyrobienie dokumentu wiąże się z niemałym wydatkiem.

Przyjeżdżając do Australii na wizie tymczasowej nie musimy się martwić o australijskie prawo jazdy. W zupełności wystarczy polski dokument oraz jego tłumaczenie na język angielski. Aby nie było tak prosto, tłumaczenie musi być wykonane przez akredytowanego tłumacza. Na szczęście Australia akceptuje międzynarodowe prawo jazdy, więc wystarczy je wyrobić przed przyjazdem.

A jak wygląda sprawa, gdy przyjechaliśmy do Australii na wizie permanentnej lub taką wizę otrzymaliśmy na miejscu? W takim przypadku mamy sześć miesięcy na wymianę dokumentu. Sama procedura jest prosta, między innym dzięki temu, że polskie prawo jazdy jest uznawane w Australii i nie ma obowiązku zdawania egzaminu. Wyjątkiem od tej reguły są kierowcy poniżej 25 roku życia, którzy są zobligowani do zdania egzaminu.

Procedura wyrabiania australijskiego prawa jazdy wygląda następująco:
- pierwsza wizyta - potrzebna do umówienia "właściwej" wizyty i uiszczenia opłaty w wysokości $20 (opłata za czas urzędnika). Właściwa wizyta zostanie umówiona na następny tydzień.
- tłumaczenie polskiego dokumentu u akredytowanego tłumacza (koszt $70)
- kolejna wizyta w urzędzie, podczas której przekazujemy tłumaczenie, robimy zdjęcie oraz uiszczamy opłatę w wysokości $70 za prawo jazdy ważne 3 lata lub $220 za dokument ważny 10 lat.
- po około dziesięciu dniach otrzymamy nasze prawo jazdy pocztą.

Procedura prosta, ale jak widać biurokrację trzeba nakarmić.

Aktualne informacje na temat australijskiego prawa jazdy można znaleźć na stronie VicRoads.




19 kwietnia 2017

Wizyta w Healesville Sanctuary


Jeśli będzie mieli okazję odwiedzić Melbourne i będziecie chcieli spędzić choć odrobinę czasu z australijskimi zwierzętami, koniecznie przyjedźcie do Healesville Sanctuary. Jest to zoo zbudowane z myślą o tutejszej faunie, oferujące odwiedzającym unikatową możliwość niemal bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami.

Healesville Sanctuary nie jest dużym zoo, ale warto zarezerwować większą część dnia na wizytę, ponieważ zwierzęta, które tutaj spotkamy są przepiękne i ciężko przejść obok nich obojętnie. I nie mówię tylko o papugach. WZnajdziemy tutaj kangury, wombaty, oposy, misie koala, pelikany, ibisy, węże i wiele innych gatunków zwierząt spotykanych w Australii. Jednym z ciekawszych punków wizyty był pokaz ptaków zamieszkujących Australię. Trenerzy oprócz opowiadania o prezentowanych ptakach, pozwalali im latać bardzo nisko na głowami widowni (dosłownie na wyciągnięcie ręki). Nie mogło również zabraknąć papugi, która mówi i wykonuje różne ciekawe zadania.

Wizyta w zoo nie jest specjalnie droga. Bilet dla dorosłej osoby kosztuje 32 dolary. Dzieci w przedziale wiekowym 3-15 lat wchodzą za darmo w weekendy i święta (w pozostałe dni bilet kosztuje 16 dolarów).  Dzieci do lat 3 wchodzą za darmo w każdy dzień tygodnia.

Wybierając się do zoo należy pamiętać, że jest ono otwarte do godziny 17. Biorąc pod uwagę, że dojazd z centrum zajmuje około półtorej godziny, warto wcześniej wyjechać, by mieć czas na spokojne zwiedzanie.

Więcej informacji na temat zoo znajdziecie na stronie internetowej Healesville Sanctuary.

Na koniec pozostawiam was z kilkoma ciekawymi zdjęciami, które udało mi się zrobić podczas wizyty w zoo.













04 kwietnia 2017

Australia od kuchni



Jednym z moich hobby jest gotowanie. Idzie mi to na tyle dobrze, iż odważyłem się na prowadzenie bloga kulinarnego, na którym zamieszczam ciekawe przepisy. Nie powiem, że z niecierpliwością, ale czekałem na możliwość spróbowania australijskiej kuchni, ponieważ bazuje ona głównie na kuchni angielskiej, co dla mnie oznacza co najwyżej przeciętną jakość oraz nudne potrawy i nudne smaki.

Na szczęście Australia przyjmuje ludzi z całego świata i ten nudny obraz został urozmaicony smakami z każdego zakątka naszego globu. Tak naprawdę nie znajdziemy już smutnej angielskiej kuchni, a na obiad możemy zjeść dosłownie każdą potrawę, na którą mamy ochotę.

W Melbourne najprościej zjeść kuchnię azjatycką. Praktycznie w każdej dzielnicy znajdziemy bar serwujący sushi. Dosyć popularne są miejsca, w których można zjeść owoce morza, azjatyckie zupy i inne przysmaki.

Z Ameryki przyjechały fast foody. Na szczęście sieciówki nie rozlały się tak bardzo jak w Polsce i raczej nie przyciągają zbyt dużego zainteresowania. Podejrzewam, że dzieje się to za sprawą bardzo dobrych lokalnych barów serwujących dobre burgery (nie są idealne z powodu średniego pieczywa, ale o tym za chwilę) i przepyszne frytki. Inne niezdrowe jedzenie typu fast food również jest lepsze niż w sieciówce - taco, kanapki, milkshake, pączki, fish and chips - czego dusza zapragnie.

Dla fanów jedzenia ulicznego Melbourne oferuje Food Truck Park, miejsce w którym można zjeść wariacje potraw z całego świata. Ciężko mi wymienić wszystkie potrawy jakie można tutaj zjeść, ponieważ co chwilę zmienia się program. Najbliższa impreza odbędzie pod znakiem kurczaka. Kolejna pod znakiem czekolady, następna będzie wegańska, itd.

Najmniej zauważalne są typowo europejskie bary. Nie pamiętam, czy widziałem włoską restaurację. Nie jest to jednak problemem, ponieważ zazwyczaj co najmniej jedna restauracja w sensownym zasięgu serwuje potrawę, na którą ma się ochotę. Z kuchni polskiej najbardziej wyróżniają się pierogi, które schodzą jak ciepłe bułeczki.

A jak wygląda sprawa z codziennym żywieniem? Jak wypadają typowe produkty kupowane każdego dnia? Z tym jest bardzo różnie. Pieczywo tutaj jest “dmuchane” - porównywalne ze styropianem z polskich marketów. Cieżko kupić naprawdę dobry chleb, a jeśli już się taki znajdzie, to cena potrafi skutecznie zniechęcić do “wydziwiania”. Z kolei warzywa i owoce bardzo mi smakują. Mają pełny, głęboki smak, przez co jem ich tutaj więcej niż jadłem w Polsce. Produkty takie jak mięso, masło, nabiał, przyprawy, mrożonki niczym się nie różnią od ich polskich odpowiedników. Wyjątkiem jest tutaj kiełbasa (każda) i parówki. Jedno i drugie jest obrzydliwe i nie karmiłbym tym nawet psa.

W kwestii standardowych produktów najbardziej ubolewam nad brakiem mojego ulubionego piwa - Fortuny Czarnej, której substytutu szukam bez powodzenia odkąd tutaj przyjechałem. Z przykrością muszę stwierdzić, że tutejsze piwo jest raczej przeciętne. Nie znalazłem jeszcze żadnego, które mógłbym nazwać moim ulubionym.

Na koniec pozostawiłem odpowiedź na pytanie “Ile w Australii kosztuje jedzenie?”. Nie analizowałem dokładnie cen, ale odnoszę wrażenie, że mniej niż w Polsce (oczywiście nie mówię tutaj o przeliczaniu dolarów na złotówki). Kupując standardowe produkty typu mięso/ryba na obiad, wędlina, warzywa i owoce, pieczywo, jakaś niezdrowa przekąska i coś fikuśnego na weekend, zamykamy się w kwocie około 100-120 dolarów tygodniowo na dwie osoby.

Wyjście do restauracji to wydatek rzędu około 80-100 dolarów na dwie osoby. Lunch w środku dnia nie kosztuje więcej niż 15-20 dolarów za osobę.

Alkohol w Australii jest stosunkowo drogi. Butelka 0.3l piwa kosztuje kilka dolarów, mocniejsze alkohole kosztują nieco więcej niż w Polsce, zwłaszcza wódka, która jest tutaj droższa nawet dwa razy (już dawno pożegnałem się z myślą o produkowaniu nalewek). Wyjątkiem są tutaj tanie wina (proszę nie mylić z tanimi polskimi winami), sprzedawane w kartonach. Karton kosztuje około 10-15 dolarów i mieści się w nim nawet 5 litów wina. Podobno jest to ulubiony alkohol studentów.

P.S.
Tak, jadłem mięso kangura. Jeśli bym nie wiedział, że jest to kangur, nie domyśliłbym się tego.

14 lutego 2017

Pajęcze opowieści


Jaka jest pierwsze skojarzenie na myśl o Australii? W większości przypadków będą to pająki. Podobno w Australii nie ma zwierzęcia, które nie chciałoby nas zabić, a legendy o wężach walczących z pająkami co pewien czas pojawiają się w różnych formach.



A jak jest naprawdę? Czy rzeczywiście wszystko czyha na nas w mroku i wypatruje dogodnej okazji do ataku?

W Polsce mieszkałem przez ponad rok na osiedlu w pobliżu lasu. Tak się złożyło, że mieszkałem na parterze i miałem kawałek ogródka. Niewiele później zamieszkałem w bliźniaku z dużym ogrodem. Jeśli miałbym porównać częstotliwość występowania robali, to Polska nie ma sobie równych. Praktycznie każdego ciepłego dnia obserwowałem kosmatych "przyjaciół" próbujących dostać się do domu.

W Australii z kolei przez pierwsze dwa miesiące mieszkałem w domu z dużym ogrodem i daleko od centrum. W przypadku domu z kangurkami, przez większość czasu drzwi były otwarte, więc pająki mogły nas odwiedzać praktycznie bez przeszkód. Przez cały ten czas spotkałem kilka sztuk.

Wydawać by się mogło, że taką ilość pająków da się przeżyć i prawie zgadzam się z tym stwierdzeniem, gdyby nie fakt, że spośród wszystkich zaobserwowanych gatunków, dwa są groźne dla człowieka, a jeden jest na tyle duży, że potrafi skutecznie uprzykrzyć życie.

Huntsman

Zacznijmy od tego ostatniego. Mowa tutaj o huntsmanie, który potrafi być stosunkowo duży i wyglada dosyć nieprzyjemnie.



W pierwszej chwili gdy zobaczyłem go leniwie przechadzającego się po szklanych drzwiach, wydobyłem z siebie szereg przekleństw. Dla kogoś, kto nie jest fanem pająków, taki widok nie należy do najprzyjemniejszych. Co ciekawe dzień wcześniej widziałem podobnego wewnątrz domu. Siedział sobie spokojnie na suficie i nie zwracał na mnie uwagi.
Podobno huntsmany nie są groźne dla człowieka, ale nie chciałbym się o tym przekonać. Ludzie lubią je mieć w domu ze względu na ich właściwości - polują na inne, znacznie groźniejsze pająki. Ja wole jednak polegać na spray'u na robale.

Hunstman ma dwie bardzo irytujące cechy. Po pierwsze - skacze. Jeśli chcemy go schwytać i wypuścić poza domem, prawie na pewno na nas skoczy, gdy się do niego zbliżymy (pająk w filmu to nieco większa odmiana tego, co spotkałem w Australii).



Drugą właściwością jest fakt, że huntsman jest pająkiem wędrownym. Nie buduje on pajęczyn, a swoje ofiary atakuje znienacka. Pomaga mu w tym duża prędkość poruszania. Wracając do jego wędrówek - zdarzają się sytuacje, iż pająk ten trafi do samochodu i schowa się pod osłoną przeciwsłoneczną. Otwierając ją, zrzucimy pająka na kolana - jeśli zawał nas nie zabije, to wypadek przy dużej prędkość może skutecznie dokończyć dzieła.

Redback

Kolejnym często spotykanym pająkiem jest redback. Nazwę swoją otrzymał z powodu czerwonej kropki/paska umiejscowionej na odwłoku. Poza czerwonym oznaczeniem, pająk ten charakteryzuje się bardzo ładnym czarnym, błyszczącym kolorem oraz kształtem, który często można spotkać w horrorach. Niestety nie udało mi się wykonać dobrego zdjęcia tego pająka i jedyne jakie posiadam w kolekcji jest nieostre. Mam nadzieję, że nie będę miał okazji zrobić innego zdjęcia.



Redbacka najczęściej można spotkać w pobliżu metalowych elementów, np. grill, pod maską samochodu, w blaszanym garażu. Nie wiem dlaczego ten pająk tak upodobał sobie metaliczne powierzchnie. Na szczęście nie jest to agresywny pająk i zazwyczaj ukąszenia pojawiają w wyniku nieuwagi człowieka aniżeli ataku pająka. Niemniej ugryzienie jest bardzo groźne i najlepiej jak najszybciej udać się do szpitala.

White-tailed

Ostatnim z niebezpiecznych pająków z jakim mieliśmy nieprzyjemność się spotkać, jest white-tailed. Tego nie udało mi się złapać na zdjęciu. White-tailed przypomina kształtem przerośniętą mrówkę z białym odwłokiem. Informacje na temat zagrożenia dla ludzi są sprzeczne. Część źródeł twierdzi, że ugryzienie jest tylko bolesne i nie niesie ze sobą groźnych konsekwencji. Inne z kolei wiążą pająka z takimi objawami jak ciężkie stany zapalne, a nawet martwica. Podobno odpowiedzialna jest za to bakteria przenoszona przez pająka. Nie jest to potwierdzona informacja, ale w tym przypadku wolę dmuchać na zimne.

White-tailed najczęściej spotykany jest w domu w szafach i szufladach na ubranie (lubi ubrania i buty) oraz w gazetach.

Jak się bronić?

Obrona przed pająkami jest niezwykle prosta - napalm i przeprowadzka :)


A na poważnie, to wystarczy sprawdzić ubranie, które chcemy założyć, zwłaszcza jeśli przez dłuższy czas wisiało nieużywanie, a buty przed założeniem warto wytrzepać. Wszystkie rzeczy, które zostały na noc na dworzu, trzeba koniecznie obejrzeć, podobnie jak przedmioty z mało uczęszczanych pomieszczeń - składzik, piwnica, poddasze, itp. Jeśli mamy coś do zrobienia w ogrodzie, koniecznie ubierzmy rękawiczki, a te dokładnie obejrzyjmy przed założeniem. A co zrobić jak już znajdziemy pająka? Zabić go. Najlepiej przy użyciu spray'u, a jeśli nie mamy takiego pod ręką, to przy pomocy packi na muchy, gazety, itp. W żadnym wypadku nie zabijamy pająka gołą ręką lub stopą.

Co zrobić jak ugryzie pająk?

Przede wszystkim zachować spokój. W zależności od tego co nas ugryzło, mamy co najmniej kilkanaście minut na reakcję.

Jeśli jest to możliwe, powinniśmy złapać pająka (pod miskę, szklankę) lub "delikatnie" go zabić - tak aby dało się go zidentyfikować. Następnie dzwonimy na pogotowie i podajemy szczegóły. Zaczynamy od informacji o ugryzieniu przez pająka i adresu. W oczekiwaniu na profesjonalną pomoc, powinniśmy unieruchomić kończynę i obwiązać ją elastycznym opatrunkiem. Po żadnym pozorem nie wysysamy jadu, nie myjemy ani nie masujemy miejsca ukąszenia oraz nie stosujemy opasek uciskowych.

Podsumowanie

Pająki w Australii są powszechne i niebezpieczne. Na szczęście trzymają się z dala od ludzi i trzeba mieszkać blisko lasu, by mieć częste przygody. Z opowieści znajomych wynika, że w ciągu roku spotyka się kilka pająków. Na pocieszenie napiszę, że przez ostatnie kilkanaście lat więcej hospitalizacji było z powodu użądlenia pszczoły/osy/szerszenia niż z powodu ugryzienia pająka. Co więcej, nikt przez ten czas nie umarł z powodu ugryzienia pająka.

12 grudnia 2016

Pogoda w Australii (a dokładniej w Melbourne)


Pytany o powód przeprowadzki do Australii, często odpowiadałem, że chodzi o pogodę. Po części była to prawda i na krótko przed wyjazdem, z utęsknieniem wypatrywałem australijskiego lata. Szykując się do wyjazdu, spakowałem wszystkie koszulki jakie miałem, dużo szortów, trampki i kilka cieplejszych ubrań - w razie potrzeby. Okazało się, że Melbourne jest specyficznym miejscem, czego zawczasu nie sprawdziłem i kilku ubrań mi brakuje.

05 grudnia 2016

Aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa, czyli o dogadywaniu się z Australijczykami słów kilka


Styczność z językiem angielskim miałem praktycznie od dziecka. Zaczęło się od Cartoon Network, potem MTV, wreszcie firmy i seriale. Po drodze gdzieś majaczy szkolne wbijanie "lengłydża" do głowy, na tle którego mocno wybijają się intensywne przygotowywania do egzaminu IELTS. Nigdy nie miałem problemów z porozumiewaniem się z w tym języku, mimo iż z angielskiej gramatyki orłem nie jestem. W Australii nie mam raczej problemu z poprawnym artykułowaniem potrzeb, a po kilku piwach to nawet o gospodarce światowej w kontekście spadającej populacji winniczka jestem w stanie porozmawiać. Jednak zdarzają się sytuacje, które po pewnym czasie idealnie nadają się na imprezowe opowieści.

28 listopada 2016

Second hand, czyli Australia z odzysku


W poprzednim tekście na temat wynajmu nieruchomości wspomniałem, iż wynajęte mieszkanie/dom bardzo często otrzymujemy do dyspozycji bez żadnych mebli, co jest sporym utrudnieniem, zwłaszcza gdy nasze rzeczy czekają w magazynie na zaokrętowanie. Nawet najprostsze czynności, takie jak zjedzenie zupki chińskiej z Radomia, potrafią urosnąć do rangi tragedii, nie wspominając już o porządnym śnie. O ile zupkę można zjeść na stojąco korzystając z wyspy jako stołu, tak spanie na wykładzinie i siedzenie na podłodze, do najprzyjemniejszych nie należy.

14 listopada 2016

Jak wynająć mieszkanie/dom w Australii?


Tuż przed wyjazdem do Australii policzyłem ile razy się przeprowadzałem. Liczenie powtarzałem kilka razy, gdyż uzyskany wynik wydawał się nieco zawyżony. Okazało się, że mieszkanie zmieniałem 14 razy. Za każdym razem proces wyglądał podobnie: przeglądanie ogłoszeń, wizyta na miejscu, podpisanie umowy, przeprowadzka. Najszybciej udało mi się załatwić wszystkie formalności oraz przeprowadzić się w nieco ponad godzinę. W Australii proces wygląda bardzo podobnie, jednak ludzie narzekają, że znalezienie dobrego mieszkania w ciekawej lokalizacji, graniczy z cudem.

11 października 2016

Na czym polega opieka w schronisku dla osieroconych i rannych zwierząt


Podczas gdy budzik delikatnie wyrywa nas z objęć Morfeusza, a pierwsze promienie wschodzącego Słońca nieśmiało wychylają się zza wzgórza, młode kangurki (zwane tutaj Joey) z niecierpliwością wyglądają opiekuna z butelką ciepłego mleka. Jest godzina siódma rano. Pierwsze karmienie i oporządzenie zwierząt potrwa mniej-więcej do pory drugiej kawy w korpo, czyli do około godziny 10.

Poranne (i w zasadzie każde kolejne) karmienie to szereg powtarzanych do znudzenia czynności - przegotowanie mleka dla maluchów, przygotowanie suchego pokarmu dla starszych, przegotowanie dosłownie naparstka mleka dla malutkiego oposa oraz przygotowanie ziaren i owoców dla ptaków.
Mimo, iż nie wygląda to skomplikowanie, zajmuje sporo czasu. Ale prawdziwa zabawa zaczyna się wraz z rozpoczęciem karmienia. Najpierw karmiona jest Vistula, malutka kangurzyca, która dopiero stawia pierwsze kroki. Po karmieniu obowiązkowe wypróżnienie. W naturalnym środowisku zajęłaby się tym matka. Tutaj niestety trzeba robić to ręcznie, przy pomocy chusteczek.



Następne w kolejce są kangurki Nails i Tails. Te są nieco starsze, więc po karmieniu wypuszczane są do ogrodu. Ani myślą hasać beztrosko po zielonej trawie. Na krok nie opuszczają opiekuna, a jak zdarzy im się zamyślić, w pośpiechu doskakują do nogi i mocno się przytulają.



Ostatni do karmienia jest Weet-Bix, nieznośny mały wombat, którego ulubionym zajęciem jest gryzienie stóp oraz łydek. Mimo, iż waży dopiero 5 kilo jest niezwykle silny, a do tego uparty. Lepiej z nim nie zadzierać, gdy jest głodny.


Przez cały ten czas, gdzieś we włosach lub pod bluzą, tuli się malutki opos, w oczekiwaniu na swoją kolej.



Od pobudki minęły dwie godziny. Pora zająć się większymi kangurami - Bonnie, Clyde, chyba Midge i czwarty, którego imienia nie zapamiętałem, cierpliwie czekają na opiekuna. Te kangury odzwyczajane są od obecności człowieka, aby łatwiej im było wrócić na łono przyrody, przez co nieco bojaźliwie do nas podchodzą. Jedynie Migde, wallaby z krwi i kości, odważniej sobie poczyna, zaczepiając dosyć agresywnie karmiącą osobę.



Po nakarmieniu i oporządzeniu wszystkich nielotów, przeszła kolej na ptaki, a dokładniej papugi. Niestety ptaki te, to też w większości nieloty - bez ogona, przyzwyczajone do życia w niewoli, powypadkowe. Ale nie tracą pogody ducha i za każdym razem jedna z papug wita nas gardłowym "hello". Pora karmienia ptactwa, to jeden z bardziej widowiskowych momentów dnia. Oprócz kilku papug w klatce, na jedzenie zlatują się wszystkie ptaki z sąsiedztwa. Znajdziemy wśród nich lorikeet, kolorową papużkę, która jako jedna chyba przedstawicielka papug potrafi wydawać inne dźwięki niż harczenie. Częstym gościem jest współplemieniec naszego podopiecznego - kakadu z żółtym czubem na głowie. Sporadycznie trafi się kookaburra. Nie można pominąć kolorowych gołębi, ogromnych srok oraz kruków.



Dochodzi godzina 10. Zwierzęta są nakarmione, ich posłania wyczyszczone, informacje o przyjętym pokarmie zapisane w dzienniku, można powoli szykować się na kolejną rundę. Za 2-3 godziny Vistula zacznie się wiercić w swoim worku. Nails lub Tails w celu zwrócenia na siebie uwagi opuszczą swoje worki (zazwyczaj jeden wychodzi na zwiady) i przywędrują do salonu. Za oknem będą wydzierać się papugi (niekoniecznie z powodu głodu - one tak mają). I tak przez cały dzień, do późnego wieczora.

Warto tak się męczyć? Jak najbardziej. Z racji pracy, nie mam aż tyle styczności ze zwierzętami co Asia, która spędza z nimi większość dnia. Mimo iż jest zmęczona, opieka daje jej ogromną satysfakcję i pozwala poznać Australię od strony, której nie poznałoby się w żaden inny sposób. A ja mam radochę, gdy jedno z kangurzych maleństw wychyli głowę ze swojego worka i zacznie pić mleko z butelki. Polecam każdemu, kto nie boi się trochę ubrudzić.
Obsługiwane przez usługę Blogger.